Teorii bywa nie po drodze z praktyką. Wie o tym każdy, kto osobiście spotkał się z sytuacją, w której formalnie zagwarantowane rozwiązania zostały szerokim łukiem ominięte. Dla osób z niepełnosprawnościami oznacza to jednak niewyobrażalne trudności, poczucie upokorzenia i chęć usunięcia się w cień. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, ile siły wymaga codzienna walka z własnymi ograniczeniami? I czy naprawdę nie wiemy, co zrobić, aby wszyscy użytkownicy przestrzeni czuli, że mają takie same prawa?
Przepisy dotyczące osób z niepełnosprawnościami funkcjonują w naszym kraju od niedawna i były wprowadzane stopniowo. Za koncepcją równych praw stoi Karta Praw Osób Niepełnosprawnych z 1997 r., uchwalona przez Sejm RP, która stanowiła pierwszy ważny krok w kierunku uznania i zagwarantowania tej równości. Dokument zdefiniował prawo do niezależnego życia i zakazał dyskryminacji, jednak jego ogólny charakter nie gwarantował konkretnych uprawnień. Konwencja ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych – przez Polskę podpisana w 2007 r., a ratyfikowana w 2012 r. – stała się kluczowym dokumentem prawnym, zobowiązującym nasz kraj do dostosowania się do międzynarodowych standardów. Konwencję można określić jako podstawę działań, mających na celu zapewnienie pełnego, równego korzystania z uprawnień przez osoby z niepełnosprawnościami. Kluczowym aktem prawnym implementującym te założenia jest Ustawa z dnia 19 lipca 2019 r. o zapewnianiu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami, która wprowadziła w Polsce rozwiązania zgodne z konwencją, określając obowiązki podmiotów publicznych w zakresie zapewniania dostępności architektonicznej, cyfrowej oraz informacyjno-komunikacyjnej.
Formalny obowiązek stworzenia warunków życia i pracy – w których każda osoba z niepełnosprawnością mogłaby funkcjonować komfortowo, bez uszczerbku dla zdrowia fizycznego i z zabezpieczeniem kondycji psychicznej – na trwałe wpisał się w standardy wykonywania zawodu architekta oraz pozwolił stworzyć projektowy elementarz, wykluczający zbędną polemikę. Wydawałoby się więc, że lata ćwiczeń winny wyrobić nawyk projektowania spełniającego te wymogi, a często podejmowane tematy dostępności i inkluzywności zapewniają wystarczającą lekcję empatii, niezbędnej dla wrażliwego, prowadzonego z wyczuciem procesu projektowego. To jednak tylko teoria.
Jak sytuacja wygląda od strony praktycznej, wie każdy, kto miał osobiste doświadczenia z rozwiązaniami, formalnie zagwarantowanymi przez przepisy określone w warunkach technicznych (WT), o których mowa w rozporządzeniu w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. WT stanowią podstawę nie tylko do projektowania wszystkiego, ale również do omijania tych przepisów szerokim łukiem z mistrzowską precyzją, tak że owe gwarantowane rozwiązania są czasem redukowane nawet do zera.
Ile w tej ekwilibrystyce kryje się interpretacyjnego talentu architektów, dostosowujących się do oczekiwań inwestorów i dbających jedynie o formalne spełnienie wymogów dotyczących korzystania z budynków przez osoby z niepełnosprawnościami? Ile kryje się skrajnie oszczędnego gospodarzenia budżetem inwestycyjnym, gdzie metry kwadratowe, przeznaczane na toalety z przestrzenią manewrową aż 1,5 m × 1,5 m, uważa się za bezpodstawną ingerencję państwa w dobrostan inwestora i naruszenie jego płynności finansowej? Wreszcie – ile kryje się niezadowolenia ze zbędnych wydatków na podjazdy, pochylnie i windy, na powiększanie korytarzy, łazienek czy zwykłych pokoi w wielorodzinnych budynkach mieszkalnych, w których przynajmniej jeden lokal winien być dostosowany do potrzeb osób z niepełnosprawnościami? Zwykło się przecież myśleć, że temat niepełnosprawności dotyczy kogoś bliżej niezidentyfikowanego, anonimowego, nigdy znajomego, bliskiego, nigdy członka rodziny, a już na pewno nas samych.
O „trądzie” niepełnosprawności słyszał każdy, jednak – ponieważ temat nie jest atrakcyjny ani inspirujący – w praktyce, szczególnie w tzw. prywatnym biznesie, zupełnie się nie przyjął (niczym prawo budowlane w Zakopanem). Wciąż stanowi tabu, postrzegane w kategoriach cyrkowego dziwadła lub lokalnej atrakcji turystycznej, co potwierdza, w jak głębokim emocjonalnym upośledzeniu pozostaje społeczeństwo, nieumiejące stawić czoła problemom osób potrzebujących większej troski, uwagi, zaopiekowania czy zwykłej empatii i wyobraźni. Odwracanie wzroku oraz unikanie tematu to najlepszy sposób na jego eliminację.
Niepełnosprawność w społeczeństwie jest jednak coraz bardziej widoczna. Ironizując, można by powiedzieć, że osoby nią dotknięte rozpoczęły zaciekłą walkę o prawo do bycia zauważonymi i uwzględnionymi, częściej „bezczelnie” wychodząc z domowych więzień. Odbywa się to jednak w sposób niewystarczająco głośny, gdyż niepełnosprawność odbiera siły i chęć życia, a co dopiero wolę walki o własne prawa. Przebicie się przez skorupę społecznej znieczulicy (tzw. zdrowego społeczeństwa) jest więc trudnym zadaniem. Osoby ze szczególnymi potrzebami, mimo ustawowo zapewnionego cywilizowanego i humanitarnego podejścia do ich praw, wolą pozostawać w bezpiecznym zaciszu swoich kryjówek. Wybierają „czapkę niewidkę” jako wygodną formę wtapiania się w oczekiwane normy zachowań zdrowych ludzi, bez epatowania własnymi ograniczeniami, wywołującymi u tych fizycznie pełnosprawnych zażenowanie, wynikające z emocjonalnej niedojrzałości i braku adekwatnej – ludzkiej – reakcji. Dążenie do „radzenia sobie” jest sprytnym sposobem na odwrócenie uwagi od problemu. Poprzez nieroszczeniową postawę osoby z niepełnosprawnościami perfekcyjnie opanowały sztukę ukrywania nieszczęścia, pozornie bagatelizując niedogodności i brak praw, z powodzeniem udając „prawie sprawność” i dopasowując się do serwowanych im przez społeczeństwo niewygód. „Polacy, nic się nie stało” – zdaje się wybrzmiewać, gdy trzeba zrezygnować z wyjścia do miejsc, które nie zapewniają odpowiedniego dostępu i warunków do korzystania z nich. Brak podjazdu? Ażurowa nawierzchnia, w którą wpadają koła wózka? Zbyt wąskie przejścia? Nieprzystosowane toalety? Brak windy? Znajdujący się poza zasięgiem dzwonek, za pomocą którego można poinformować o potrzebie uruchomienia dźwigu na zapleczu, gdzie ukryto żenującą konieczność pomocy komuś, kto nie jest w stanie wejść po schodach? Jak bardzo trzeba być sprawnym, aby pokonać ograniczenia dostępności!
Spójrzmy na prezentowane z dumą, często zastępujące windę, schodołazy. Mało kto wie, w jaki sposób działają, jednak wielu korzysta z możliwości wpisania ich w projekt jako rozwiązania zapewniającego dostęp na wyższe kondygnacje. Łatwo „przyjmowane przez papier”, w praktyce okazują się olbrzymią uciążliwością dla kogoś, kto chce z nich skorzystać. Najczęściej potrzeba wtedy dwóch doświadczonych, krzepkich asystentów, potrafiących profesjonalnie i bezpiecznie przesadzić osobę z wózka inwalidzkiego na schodołaz. Dźwiganie dorosłego człowieka, często z poważnym niedowładem ciała, wymaga bowiem nie tylko siły, ale również wiedzy, jak zrobić to prawidłowo, bez narażania go na stres i poczucie traktowania na równi z workiem wypełnionym kartoflami. Sam transport dostarcza wszystkim nie lada wrażeń, zwłaszcza gdy nie stanowi codziennej rutyny, a schodołaz nie jest spersonalizowany. Słowo „transport” nie zostało tu użyte bez przyczyny – jako że odnosi się do urządzeń, odbiera prawo do godnego poruszania się osobom z zaburzeniami funkcji motorycznej. W bardziej przyjazny sposób mówią na ten temat przepisy ustawy o drogach publicznych, definiując takie rozwiązania jako „wspomagające ruch” lub jako „urządzenia transportu osobistego”. Do nich niewątpliwie należy wózek inwalidzki, który dla osoby z niepełnosprawnością ruchową pełni funkcję kręgosłupa i nóg – wspiera cały układ narządów ruchu, przystosowuje się do potrzeb i niweluje ograniczenia, zapewniając komfort przemieszczania się. To, co dla zdrowego obserwatora jest tylko urządzeniem, dla użytkownika staje się pancerzem ochronnym, gwarantującym bezpieczeństwo codziennego funkcjonowania. Dlatego zawsze najlepiej stosować rozwiązania eliminujące konieczność wyrywania takiej osoby z jej strefy komfortu, tak aby nie musiała mierzyć się z czymś nieznanym i niesprawdzonym.
Szczytem marzeń jest to, aby w kraju, w którym podobno około 50% społeczeństwa podejmuje aktywność fizyczną, identyczne prawo miały również osoby z niepełnosprawnościami. Istnieje co prawda możliwość jazdy na specjalnym rowerze (tzw. hand- bike’u), wymusza ona jednak przyjęcie pozycji półleżącej, a to z kolei skutecznie eliminuje szansę na aktywność całodzienną, wymagającą np. spożywania posiłków poza domem. Rozwiązaniem jest posilanie się „na chodniku” lub wykorzystywanie jako stołu ławy albo krzesła, zwyczajowo przeznaczonych do użytkowania przez inne części ciała, kończące proces trawienny. Gdzie więc miejsce na higienę? Sanepidzie – widzisz i nie grzmisz? Bywa, że talerz dla osoby poruszającej się na handbike’u jest stawiany na stoliku zaimprowizowanym ze skrzynki po coli, lecz takie okoliczności ilustrują tylko rzeczywistość i brak zrozumienia dla potrzeb ludzi, z różnych powodów mających gorzej niż ci sprawni. Ta „niedogodność” okazała się kroplą, która przelała moją osobistą czarę goryczy i rozczarowania brakiem kultury współistnienia oraz poszanowania dla drugiego człowieka. Dodam, że wpisuje się to w scenariusz naszych rowerowych wycieczek z synem, a dyskomfort takiej sytuacji jest podwójny – dotyczy zarówno osoby na rowerowym wózku, jak i opiekuna, który zostaje zmuszony do pochylania się, aby jej pomóc podczas posiłku. Te poniżające warunki można byłoby w łatwy sposób wyeliminować poprzez odpowiednie rozwiązania architektoniczne, umożliwiające użytkownikowi handbike’a korzystanie ze stolika, lub zainstalowanie blatu z regulacją wysokości. Prawdopodobnie dla jednej osoby w Polsce nie opłaca się wprowadzać takich „wynalazków”, ale czy – gdyby istniały – nie okazałoby się przypadkiem, że chętnych do korzystania z nich byłoby znacznie więcej? Krzesełka dla najmłodszych obywateli w restauracjach często są oczywistością, tymczasem standardowy stół nie jest przystosowany do tego, aby usiadła przy nim osoba na wózku i w komfortowych albo przynajmniej przyzwoitych warunkach zjadła obiad. Utrudnienie stanowi dosłownie wszystko – wymiary mebla, wysokość blatu czy dodatkowe elementy, takie jak poprzeczki pod stołem.
Osoby na wózkach, chcące obejrzeć film w kinie, otrzymują miejsce przy pierwszym rzędzie, często z boku ekranu. Seans w takich warunkach dla kogoś z niedowładem oznacza skomplikowaną gimnastykę kręgów szyjnych oraz gałek ocznych z dużym prawdopodobieństwem oczopląsu. W teatrze miejsce pod sceną daje więcej korzyści – lepszy widok, a czasem nawet możliwość udziału w spektaklu jako „aktor”. Każda z tych kulturalnych atrakcji jest jednak przeżywana samotnie, gdyż zwykle nie ma szans, aby osoba towarzysząca usiadła obok. Co istotne, jest to stresujące również w okolicznościach wymagających pomocy.
Przykłady sytuacji odbierających osobom z niepełnosprawnościami poczucie godności oraz możliwość pełnego i równego korzystania z praw można mnożyć. A przecież ograniczenia to coś więcej niż tylko brak dostępu do atrakcyjnych form spędzania czasu. To pozbawianie szansy na godne życie, to wykluczenie społeczne i przyzwolenie, aby żyjące wśród nas osoby z niepełnosprawnościami były niewidzialne. Ta niewidzialność pozwala otoczeniu trwać w bańce ułudy i w przekonaniu, że wszyscy żyją długo i szczęśliwie, troszcząc się o szeroko pojętą inkluzywność.
Trzeba tu zaznaczyć, że liczba argumentów prowadzących do wycofania się z życia jest olbrzymia:
A przecież nie musi tak być. Wystarczy nie dać się wodzić za nos inwestorom, próbującym zaoszczędzić na wszystkim, co – ich zdaniem – zbyteczne. Ileż jest warte społeczeństwo, w którym osoby z niepełnosprawnościami, będące jego pełnoprawną częścią, są pomijane? Może warto wziąć przykład choćby z wilków, które w swoich stadach otaczają opieką osobniki mające najmniej siły?
Według GUS w Polsce na koniec 2023 r. około 3,08 mln obywateli miało wydane orzeczenie o niepełnosprawności. Inne źródła podają, że ta różnorodna grupa ze szczególnymi potrzebami stanowi aż 15% polskiego społeczeństwa, a szacunki z badań (np. Europejskiego Ankietowego Badania Zdrowia – EHIS) wskazują, że osób z biologicznymi niepełnosprawnościami jest dużo więcej – nawet 7,7 mln. Przewiduje się, że liczba ta będzie rosła ze względu na starzenie się społeczeństwa.
Co w takim razie możemy zrobić oprócz okazania empatii? Pamiętajmy, że o mocy łańcucha świadczy jego najsłabsze ogniwo. Dbając o potrzebujących, sami stajemy się silni, chociaż lata opieki nad synem, u którego niepełnosprawność pojawiła się nagle, udowodniły mi, że to właśnie osoby takie jak on są największymi siłaczami. Być może jednak wystarczy, jeśli spojrzymy na poruszoną tu kwestię szerzej, traktując WT jako dobrze przemyślaną pomoc w projektowaniu. Tak aby każdy – bez wyjątku – miał takie same prawa i był tak samo widoczny.

RENATA ŚWIĘCIŃSKA
Architekt IARP; absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Krakowskiej; przewodnicząca Rady Podkarpackiej Okręgowej Izby Architektów RP V i VI kadencji, członkini Komisji ds. Mediów i Informacji przy KRIA V kadencji, przewodnicząca Zespołu ds. Ochrony Zawodu Architekta przy Komisji ds. Warunków Wykonywania Zawodu przy KRIA V kadencji, wiceprzewodnicząca Zespołu ds. Warunków Wykonywania Zawodu przy KRIA VI kadencji, członkini Zespołu ds. Polityki Finansowej przy KRIA V i VI kadencji.

