KOMENTARZ
W kolejnych artykułach z cyklu Proszę wstać, sąd idzie autorzy dotykają ważnej kwestii odpowiedzialności architekta składającego podpis pod projektem budowlanym oraz związanego z tym problemu tzw. podpisywaczy. Publikowane w przededniu nowelizacji KEZA analizy mają duże znaczenie, tym bardziej że problem ten został zdefiniowany przez oba zespoły pracujące nad znowelizowaniem zasad etyki, a także przez rzeczników odpowiedzialności zawodowej, jako „autoryzowanie podpisem projektów wykonanych przez inne osoby”. Doświadczeni sędziowie Krajowego Sądu Dyscyplinarnego analizują temat pod kątem naruszenia konkretnych reguł i – co w ostatnim czasie nabiera szczególnej wagi – oznaczenia pokrzywdzonego w prowadzonych postępowaniach. Jest to istotne ze względu na skuteczność postępowania wyjaśniającego oraz trwałość wydawanych w konsekwencji orzeczeń sądów dyscyplinarnych. Tak wieloaspektowe zjawisko może naruszać wiele zasad etyki zawodowej. O tym, jaki jest to katalog, decydują rzecznicy odpowiedzialności zawodowej, prowadząc postępowania wyjaśniające i formułując zarzuty. Wyeliminowanie patologicznych praktyk stanowi dla Izby priorytet. Do tego potrzebujemy analizy przyczyn, o czym również piszą autorzy. Jest ona bardzo ważna w czasach, gdy wykonywanie zawodu łączy się z różnymi formami organizacyjnymi i ze współpracą zespołową. A podstawą wszelkich wyjaśnień i analiz powinna być staranność w pracy dla klienta i najwyższe zaufanie. Jeśli uda się wzmocnić obowiązujące reguły, będzie to korzystne dla zwiększenia skuteczności w orzekaniu.
Piotr Fokczyński, prezes KRIA RP
Podpis architekta na projekcie budowlanym nie jest jedynie formalnością – to akt o doniosłych konsekwencjach prawnych, zawodowych i etycznych. Niestety nie wszyscy traktują tę zasadę poważnie, skoro zjawisko podpisywania projektów, których się nie wykonało ani nie sprawdziło, osiąga dziś niebywałą skalę. Sędziowie KSD opisują proceder z własnego punktu widzenia: Teobald Jałyński dzieli się refleksją na temat źródła problemu, Zenon Nowacki analizuje zjawisko od strony prawnej, a Jan Okowiński przedstawia historię jednego z podpisywaczy.
SKĄD SIĘ WZIĘLI PODPISYWACZE?
Tekst: Teobald Jałyński
Architektura to działanie w świecie, w którym zwykle toczy się walka o byt, o możliwość wykonywania zawodu. Na polu tej walki jesteśmy jednak osamotnieni, a co gorsza – wokół nie brakuje chętnych do tego, aby na naszej pracy „żerować”.
Postanowiłem pokazać, że problem podpisywaczy ma charakter strukturalny. Nie jest to wymysł Izby ścigającej osoby odbierające chleb członkom samorządu. Nie wiąże się to również z pięknoduchostwem wyrażającym się w stawianiu wież z kości słoniowej i odsuwaniu nie „naszych” – niewystarczająco wykształconych, wykonujących inne zawody czy goniących tylko za pieniądzem.
Skąd zatem bierze się ten problem?
Uprawianie architektury polega nie tylko na realizacji najlepszych wizji, współtworzeniu ładu i piękna, lecz także na wykonywaniu zawodu w celach zarobkowych. Innymi słowy – „tyle architekta, ile zlecenia”. I to właśnie pogoń za zleceniami wypełnia całe dnie przedstawicielom naszej profesji. Od zamawiającego należy się zapłata za dobrze wykonaną pracę i nie ma znaczenia, czy autor zlecenie „wychodził”, czy wygrał konkurs lub przetarg, czy jest częścią konsorcjum. Jednak po uregulowaniu niezbędnych opłat i przekazaniu wynagrodzenia współpracownikom architektowi pozostaje zazwyczaj niewiele. Z zazdrością spogląda więc na tych, którzy za swoją działalność dostają godziwe pieniądze, choć za nikim ani niczym nie biegają. U osób ze słabym morale i kiepsko zarabiających taka sytuacja może powodować stres i frustrację, a nawet stać się przyczyną przejścia na ciemną stronę mocy, gdzie moc należy do pieczątki.
Jacyś podpisywacze istnieli zawsze. Czasem – dyskretnie, z pewnym zakłopotaniem – zdarzało się poprosić kolegę lub koleżankę o szybki podpis, aby pchnąć sprawę. Nie traktowano tego jednak jako problemu, ponieważ skala była niewielka i chyba nikt się z tego nie utrzymywał. W minionej epoce państwo starannie regulowało wszystkie kwestie – dotyczące rad technicznych, komisji, zespołów oceniających, protokołów itd. Było siermiężnie, ale w miarę bezpiecznie. Nikt też nie podejrzewał, że biuro projektów, w którym prawie każdy z nas pracował, mogłoby zwrócić się do kogoś o podpis.
Jako problem środowiskowy, „rak” toczący zawód architekta, podpisywacz zaistniał de facto w okresie burzliwych przekształceń państwa po upadku komunizmu. Budownictwo ruszyło wówczas z niespotykaną wcześniej intensywnością. Nowe wchodziło szeroką ławą.
Następnie wprowadzono zmiany w procesie edukacji architektów, wykreślono urbanistę jako zawód, dopuszczono wykształcenie niepełne, zaprzestano formowania postaw w sposób sprawdzony przez lata. Słowem kluczowym stała się deregulacja. Ambicja państwa, żeby ustawić wszystko od nowa, wielokrotnie miała jednak konsekwencje w postaci specustaw, gdy okazywało się, że brakuje woli i pomysłu na głęboką, kompleksową przemianę. I choć zmodyfikowano przepisy, normy, obyczaje, choć porzucono zasady utrwalone przez lata praktykowania, to nabożny kult gumowych pieczątek pozostał. Dla patodeweloperów i podpisywaczy zaczęły się dobre czasy.
Współcześni architekci – działający indywidualnie czy prowadzący pracownie – muszą samodzielnie tworzyć nową praktykę przygotowania dokumentacji budowlanej. Oczekiwać, że ostatecznego i skutecznego sprawdzenia dokona organ zatwierdzający, może bowiem tylko osoba, która nigdy nie widziała, jak wygląda praca w urzędzie.
Podpisywacz zawłaszcza autorstwo, potwierdzając swój – niemający w rzeczywistości miejsca – współudział w tworzeniu. Ale Prawo budowlane, czyli fundament szeroko pojętej działalności związanej z budownictwem, nie zna pojęcia autorstwa. Co więcej, nie postrzega też architekta jako kluczowego projektanta. Projektant to projektant, a jeżeli nie posiada stosownych uprawnień, to wystarczy ktoś, kto nimi dysponuje (np. pełniący funkcję sprawdzającego). Causa finita. Taka formuła postępowania stała się możliwa, ponieważ suchy przepis uznano za ważniejszy od powodu jego wprowadzenia. Ustawodawca przyjął, że widniejący pod projektem podpis osoby uprawnionej stanowi zwieńczenie prawidłowego procesu projektowego. Co za krótkowzroczność!
Tym sposobem w świecie permanentnego braku fachowców, pogardy dla wiedzy i rozumu, plagi besserwisserstwa – architekt ze swoimi uprawnieniami, doświadczeniem i etosem pracy staje się zjawiskiem ekskluzywnym. Do tego przemiany społeczne w Polsce sukcesywnie prowadzą do kumulowania się profesjonalistów w większych ośrodkach. A to z kolei tworzy liczne „białe plamy” w innych częściach kraju.
Jak wiadomo, przyroda nie znosi próżni, więc cała sytuacja prostą drogą prowadzi do powstawania „żerowisk”. Obserwujemy na nich cynicznych, ale aktywnych budowniczych, niewydarzonych deweloperów, młodych i niedoświadczonych architektów bez uprawnień, uprawnionych „nie-architektów” oraz całą grupę cwanych, wychowanych na internetowych treściach inwestorów, dla których przestrzeganie procedur i przepisów to zawracanie głowy. Jedyne, co się liczy, to uzyskanie formalnego pozwolenia i szybki obrót. W takim świecie ktoś z dobrą pieczątką jest „towarem” na wagę złota.
Liczba sygnatur składanych przez podpisywaczy robi wrażenie, choć sama grupa uprawiających ten proceder nie jest specjalnie liczna. Ceny potwierdzenia autorstwa, współautorstwa lub sprawdzenia projektu (oczywiście będących czystą fikcją) są dość przystępne, a jednak można się na tym dorobić. Chodzi o to, aby klient nie szukał rozwiązania u architektów z prawdziwego zdarzenia, którym ten żałosny, oparty na dumpingu biznes odbiera szansę na znalezienie pracy. Właśnie tak utrwala się przekonanie, że architekci de facto nie są potrzebni – wystarczy odpowiednia pieczątka i sprawy się toczą.
Rękę do całego procederu przykłada państwo, nie wzmacniając prawnie roli samorządu, nie procedując ustawy o zawodzie, pozwalając na dziką, rynkową samoregulację. Gdyby w ten sam sposób wyglądała regulacja prawna zawodu lekarza, trudno byłoby nadążyć z organizacją nowych cmentarzy. W przestrzeni internetu znachorów przecież nie brakuje, a mimo to pacjenci raczej decydują się na wizytę u specjalisty.
Dlaczego w kwestii budowania nie ma zatem oporów, aby pójść na skróty?
Czy nikt nie widzi tu problemu?
Dla IARP jest to jednak sprawa na tyle ważna, że ściganie za „podpisywactwo” zawsze powinno być priorytetem.

TEOBALD JAŁYŃSKI
Architekt IARP; w zawodzie od ponad 50 lat. Wieloletni przewodniczący OSD Śląskiej Okręgowej Izby Architektów RP; sędzia Krajowego Sądu Dyscyplinarnego, aktywny w sprawach legislacji oraz KEZA.
PODPISYWANIE CUDZYCH PROJEKTÓW JAKO DELIKT DYSCYPLINARNY
Tekst: Zenon Nowacki
Architekt, składając podpis na projekcie budowlanym, bierze pełną odpowiedzialność za jego prawidłowość, zgodność z przepisami prawa oraz zasadami wiedzy technicznej. Dlatego podpisywanie opracowań – bez rzeczywistego autorstwa, współautorstwa czy sprawdzenia – stanowi:
Podpisywanie cudzych projektów to problem wieloaspektowy:
Bezprawne podpisywanie dokumentacji niszczy więc fundamenty zaufania publicznego, na którym opiera się wykonywanie zawodu architekta.
Jeśli architekt podpisze cudzy projekt, rzecznik odpowiedzialności zawodowej może wszcząć postępowanie dyscyplinarne. Sprawę rozpoznaje sąd dyscyplinarny Izby Architektów RP, a katalog kar przewiduje różne rodzaje konsekwencji – od upomnienia i nagany, przez karę pieniężną oraz zawieszenie w prawach członka Izby (na okres od sześciu miesięcy do dwóch lat), aż po skreślenie z listy członków.
Największa kara to utrata prawa wykonywania zawodu i możliwość powrotu do Izby dopiero po pięciu latach.
Odpowiedzialność dyscyplinarna nie wyczerpuje tematu – podpisanie cudzego projektu może wiązać się również z:
Warto pamiętać, że taki podpis oznacza także odpowiedzialność wobec Prawa budowlanego. Organy administracji i nadzoru budowlanego traktują go bowiem jako gwarancję, że dokumentacja została przygotowana bezpośrednio przez osobę podpisującą i zgodnie z przepisami.
Podpis architekta jest równoznaczny z zapewnieniem jakości, zgodności z prawem i rzetelności. Niezależnie od presji inwestora, terminów czy układów biznesowych architekt nie powinien sygnować projektu, którego faktycznie nie opracował ani nie sprawdził. Konsekwencje nieuczciwych działań mogą być nieodwracalne zarówno w wymiarze prawnym, jak i w sferze reputacji zawodowej – każdy podpisany w ten sposób projekt to problemowy dokument, stawiający w negatywnym świetle autorytet naszej profesji.

ZENON NOWACKI
Architekt IARP; wiceprzewodniczący Krajowego Sądu Dyscyplinarnego, odpowiedzialny za szkolenie okręgowych i krajowych sędziów dyscyplinarnych; współautor przewodnika Postępowanie dyscyplinarne dla sędziów w Izbie Architektów; czynny architekt.
HISTORIA PEWNEJ PIECZĄTKI
Tekst: Jan Okowiński
Podpisywanie cudzych projektów jako własnych wiąże się bezpośrednio z przejmowaniem własności intelektualnej. Ten niebezpieczny proceder uprawiany jest zwłaszcza w mniejszych miastach, na terenach o słabej aktywności inwestycyjnej. Grupy przedsiębiorczych techników, inżynierów konstruktorów, a także inżynierów o bogatych uprawnieniach w branżach innych niż architektura, monopolizują tam rynek projektowy. Znajdują osobę zdolną do wszystkiego, zwłaszcza do przybijania pieczątek, i wspólnie z nią działają nie tylko przy małych, ale również przy dużych realizacjach. Karty przetargowe, którymi dysponują w procesie pozyskiwania zlecenia, to zatem szybkie wykonanie projektu i możliwość sprawnego uzyskania pozwolenia na budowę, lecz na tej liście próżno szukać wysokiej jakości opracowań.
Dotychczas rzecznicy odpowiedzialności zawodowej nie badali takich projektów szczegółowo pod kątem zgodności np. z warunkami technicznymi. Na ogół bowiem postępowania są prowadzone w trybie odpowiedzialności dyscyplinarnej.
W jednej ze spraw KSD przeprowadził analizę czterech projektów z 600 wykonanych w ciągu dwóch lat. Poczynione w nich kardynalne błędy dyskwalifikowały autora z wieloletnim doświadczeniem projektowym, zajmującego się jednak nie projektowaniem, tylko podpisywaniem.
Walka z taką nieuczciwością jest trudna. Mafia pseudoprojektantów wynajmuje renomowane kancelarie adwokackie, które najróżniejszymi metodami przekonują sąd powszechny, że czynności podejmowane przez podpisywaczy są „możliwe i zgodne z prawem”.
Przykładem działania takich kancelarii jest wystosowanie całkowicie nietrafnego zarzutu wobec dopuszczenia Okręgowej Izby Architektów RP do udziału w sprawie w charakterze pokrzywdzonego. A przecież – zgodnie z art. 8 pkt 2 ustawy o samorządach zawodowych architektów oraz inżynierów budownictwa – do zadań tych samorządów należą w szczególności „reprezentowanie i ochrona interesów zawodowych swoich członków”. Stanowi to podstawę prawną do uczestnictwa OIA RP w sprawie właśnie w charakterze pokrzywdzonego – jako jednostki reprezentującej interesy wszystkich członków, którzy ponieśli szkodę spowodowaną działaniem obwinionego. Trzeba podkreślić, że w podobnej sprawie sąd apelacyjny, w wyroku z 2024 r., oddalił odwołanie oskarżonego, nie kwestionując udziału OIA RP jako strony pokrzywdzonej.
Przyznanie Izbie takiego właśnie statusu wynika zatem z niebudzącej wątpliwości sądu drugiej instancji skali negatywnych skutków poczynań obwinionego, uderzających we wszystkich architektów zrzeszonych w danym okręgu pełniącym funkcję samorządu zawodowego. Architekci, na mocy ustawy, przyłączają się do IARP obligatoryjnie jako osoby fizyczne. Izba nie zrzesza bowiem organizacji ani podmiotów gospodarczych, w których pracują. Ich reprezentantem jest samorząd zawodowy (Okręgowa Izba Architektów RP) właściwy dla miejsca zamieszkania.
Działania obwinionego, których dotyczy przywołana tu – badana przez KSD – sprawa, polegające na podpisywaniu projektów osobom nieuprawnionym, bezpośrednio uderzają w znakomitą większość architektów regionu, w szczególności umożliwiających podejmowanie pracy w zawodzie młodym ludziom, niemającym jeszcze ustabilizowanej pozycji na rynku. Obwiniony zatem nie wspiera kolejnego pokolenia architektów, a jednocześnie korzysta z usług osób bez przygotowania zawodowego, bez uprawnień i najczęściej reprezentujących inne specjalności.
Tak rozumianą wolność gospodarczą i handlową należy uznać za patologię. Stworzenie kilkuset projektów dla kilkunastu firm w sposób bardzo daleki od elementarnych standardów pracy zasługuje na szczególne potępienie. W jednym z regionów Polski ów podpisywacz działał na rzecz co najmniej 50 przedsiębiorstw i w ciągu dwóch lat podpisał 100 projektów. Co więcej, stwierdzono, że nawet nie zrobił tego osobiście – zaprzyjaźnione firmy, dysponując jego pieczątką, samodzielnie podbijały projekty, a sam zainteresowany niekoniecznie o tym wiedział.
Bezrefleksyjne poczynania adwokatów mają – nawet jeśli nie udowodnić brak winy klienta – za wszelką cenę przedłużyć czas trwania rozpraw, doprowadzić do nowych apelacji i powtórzenia postępowań dowodowych.
Najbardziej popularnym zjawiskiem są więc zwolnienia lekarskie, a nawet zaświadczenia z tytułu ustawowo przysługujących dni wolnych (np. na oddanie krwi), oczywiście pokrywających się z terminem rozprawy. W badanej sprawie obwiniony nigdy nie pojawił się w sądzie ze względu na stan zdrowia. Nie korzystał też z samochodu, nie posiadał i nie używał komputera, ale – pozostając w miejscu zamieszkania – w ciągu roku potrafił podpisać kilkaset projektów, rzekomo nadzorując asystentów.
Zarzuty formułowane przez adwokata zdradzały całkowite niezrozumienie pracy projektanta, ponieważ czynności wykonywane przez nawet najlepszego asystenta wymagają weryfikacji pod względem formalnym, prawnym, funkcjonalnym i technicznym. Liczba elementów, nad którymi winien pochylić się projektant w przypadku najprostszego obiektu, może wynosić kilkaset. Decyzja o zaakceptowaniu np. drzwi wiąże się z analizą kilkunastu kwestii, a takich części składowych w obiekcie jest przecież wiele (okna, dachy, podłogi, warstwy posadzkowe, ściany, docieplenie itd.). Jeżeli architekt nie wykonał obowiązkowych czynności i zawierzył asystentowi, to nie projektował, a jedynie złożył podpis ze świadomością naruszenia przepisów.
Trzeba dodać, że obwiniony podpisywał projekty nie tylko prostych obiektów mieszkalnych czy gospodarczych. W sprawie pojawił się też „budynek szkoły”. I w tym przypadku nie ma znaczenia, że chodziło o obiekt niewielki pod względem powierzchni oraz kubatury. Ważne jest to, iż liczba funkcji i elementów, które należało zaprojektować, była wielokrotnie większa niż np. w domu jednorodzinnym. Projekty budynków użyteczności publicznej, takich jak szkoły, wymagają od autorów wyjątkowych umiejętności, wiedzy i doświadczenia. Dlatego sąd drugiej instancji w pełni podzielił przekonanie OSD o tym, że obwiniony naruszył KEZA i zasługuje na najwyższy wymiar kary. Większą szkodliwość dla środowiska architektonicznego trudno sobie wyobrazić. Wychodzi więc na to, że w niechlubnym obszarze naszego zawodu – czyli tam, gdzie rządzą podpisywacze – zostało osiągnięte dno.

JAN OKOWIŃSKI
Architekt IARP; wiceprzewodniczący Krajowego Sądu Dyscyplinarnego, sędzia KSD od pięciu kadencji. Prowadzi aktywną pracę zawodową, projektując i realizując wiele obiektów użyteczności publicznej (sale widowiskowe i sportowe, szkoły, przedszkola, żłobki), a także obiektów sakralnych na terenach Podtatrza i Beskidów (szczególną satysfakcję przyniosła mu realizacja kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Krużlowej Wyżnej).