logo
Strefa architekta - logowanie
EN
DACHRYNNA
DACHRYNNA
DACHRYNNA
ZAWóD:ARCHITEKT
01.12.2025

ArchiBot. Dziesięć lat własnej drogi

Czas, zaangażowanie, wytrwałość – to czynniki konieczne do osiągnięcia stabilności pracowni. Moja osobista historia może służyć jako dowód na to, że mimo nieuniknionych przeszkód warto podjąć to wyzwanie. Co więcej, wysiłek z pewnością się opłaci.

Opierając się na własnym doświadczeniu, stwierdzam, że zostać dziś architektem jak najbardziej można, a nawet warto, nawet jeśli taki wybór będzie się wiązał z wieloma trudnościami. W moim przypadku decyzja była indywidualna, niepoparta rodzinną tradycją ani możliwością podążania utartą już ścieżką kariery. Krótko mówiąc, jest to historia o self made man.

Przebudowa domu „kostki” we Wrocławiu (2019);  proj. ArchiBot; fot. Marcin Szymański
Przebudowa domu „kostki” we Wrocławiu (2019); proj. ArchiBot; fot. Marcin Szymański

POCZĄTKI, CZYLI JAK PRZETRWAĆ

Działalność pod własnym nazwiskiem i firmowym logo zaczynałem w 2014 r. od przyjęcia zlecenia na dwa budynki jednorodzinne. Czy można powiedzieć, że wtedy powstała pracownia ArchiBot? I tak, i nie. Pod względem formalnym rzeczywiście był to jej początek – nazwa została zarejestrowana, uzyskałem NIP, mogłem wystawiać faktury i podbijać dokumenty firmową pieczątką. Jednak w praktyce pierwsze kroki w zawodzie miałem już za sobą. W trakcie studiów na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej współpracowałem z różnymi biurami projektowymi i to właśnie były początki procesu prowadzącego do osiągnięcia pozycji samodzielnego i odpowiedzialnego architekta. Jako student zdobywałem więc doświadczenie w pracowniach we Wrocławiu, w Szczecinie i Krakowie, brałem udział w pierwszych konkursach, otrzymywałem drobne zlecenia. A mimo to nie miałem poczucia, że kariera architekta stoi przede mną otworem. Przeciwnie, wiedziałem, że czeka mnie dużo pracy. Dlatego kolejnym krokiem do celu było uzyskanie uprawnień projektowych, nadawanych przez Izbę Architektów RP. Wtedy też utwierdziłem się w przekonaniu, że to tylko jeden z koniecznych etapów, a nie droga do sukcesu na skróty.

Jeśli chodzi o początki działalności w naszej profesji, kwestią zasadniczą jest… przetrwać. Zrozumiałą reakcją na takie hasło mogłoby być pytanie: czy to tak ma wyglądać kariera?! Przecież na starcie należy wygrać konkurs na muzeum sztuki współczesnej w jednej z europejskich stolic albo przynajmniej na dom kultury w swoim mieście, uzyskać kontrakt na kilka milionów złotych, a później to już z górki – sława, pieniądze i spełnienie zawodowe. Realia są jednak zupełnie inne. Znam twórców wielu cenionych pracowni w Polsce i historia żadnego z nich nie zaczynała się w ten sposób.

Oczywiście słowo „przetrwanie” może budzić mieszane uczucia, ale nie ma w nim nic pejoratywnego. Jego wydźwięk jest raczej całkowicie pozytywny. W moim zawodowym elementarzu pod tym hasłem kryją się m.in. budowanie własnej marki, rozwijanie warsztatu, uczenie się pozyskiwania zleceń, nabywanie umiejętności prowadzenia rozmów z klientami i wyczuwania sytuacji na rynku oraz wyceniania prac projektowych. W tym zawodzie bowiem umiejętność liczenia to bardzo ważna kwestia.

FINANSE

Wraz z początkowymi kontraktami człowiek poznaje gorzką prawdę. Wynagrodzenia za pierwsze zlecenia są zwykle bardzo zaniżane, ponieważ głównym celem jest ich zdobycie. Oznacza to jednak nie zyski, tylko przychód, który zostaje błyskawicznie skonsumowany przez podatki, składki ZUS, opłaty za usługi geologiczne i geodezyjne, wynagrodzenia dla projektantów instalacji, konstruktorów, koszty administracyjne itd. Dlatego szybko nauczyłem się robić tabelaryczne zestawienia kontraktów, uwzględniające terminy, wynagrodzenia, planowane i poniesione wydatki oraz spis niezbędnych formalności związanych z poszczególnymi zleceniami. Pomaga mi to wycenić zlecenie, tak aby na nim zarobić, a nie stracić.

Nie oszukujmy się – tzw. no name architect nie ma możliwości pozyskania zleceń wysokomarżowych. Świetnie pamiętam, jak kończyły się negocjacje z klientami, którym proponowałem cenę wyższą od tej przyjętej na danym obszarze. Po prostu już nigdy się do mnie nie odezwali. Ale nie zraziło mnie to do zawodu. Prawa wolnego rynku są okrutne, dlatego wykonanie kilku początkowych zleceń w cenach dumpingowych wcale nie jest naiwnością – bardzo często okazuje się konieczne. Oczywiście wielu architektów, nawet tych z ponad 20-letnim stażem, mówi dziś publicznie, że to niemoralne i że powinno się ustawowo określić minimalne stawki wynagrodzeń. Uważam, że takie rozwiązanie byłoby niebezpieczne, w szczególności dla młodych projektantów. Absolutnie nie namawiam jednak do głodowania! Ja zarabiałem na każdym etapie rozwoju zawodowego. Trzeba tylko liczyć się z tym, że na początku nie są to wysokie kwoty, dlatego rozsądnie jest żyć skromniej i zagospodarować sobie kapitał rezerwowy, pozwalający na przetrwanie trudniejszych momentów. Należy też przestrzegać żelaznej zasady – nigdy się nie zadłużać na etapie tworzenia pracowni.

Dom w Cisewie (w budowie); proj. ArchiBot; wiz. ArchiBot
Dom w Cisewie (w budowie); proj. ArchiBot; wiz. ArchiBot

ADMINISTRACJA PAŃSTWOWA

Kolejna trudna, choć niezbędna lekcja, którą każdy początkujący projektant musi odrobić, to zrozumienie relacji między architektem a administracją państwową. Aby przetrwać na rynku, kluczowa jest bowiem wiedza na temat przebiegu procesów administracyjnych, związanych z uzyskiwaniem dokumentów niezbędnych podczas realizacji inwestycji. Oczywiście k.p.a. oraz inne przepisy są dostępne dla każdego i można się ich – gdyby ktoś czuł taką potrzebę – nawet wyuczyć na pamięć. Chcę jednak zwrócić uwagę na to, czego z przepisów wyczytać się nie da, a co tworzy naszą rzeczywistość.

Jako architekci często staramy się wprowadzać w życie śmiałe wizje, balansując wręcz na krawędzi prawa. System tego nie lubi, woli banał, brak inwencji, schematyczność i klarowność. Z jednej strony można powiedzieć, że taką postawą sami ściągamy na siebie problemy, ale z drugiej – mamy szansę na stworzenie czegoś wyjątkowego. Osobiście wiele razy brałem udział w sporze z tym czy z innym organem administracji, przeciwstawiającym się zaakceptowaniu rozwiązania, którego przepisy nie zabraniały, ale też w jasny sposób nie potwierdzały możliwości jego zastosowania. W codziennej praktyce staram się więc tak zarządzać projektami, aby nie doszło do ich „uwięzienia” w urzędzie na bliżej nieokreślony czas.

Ponadto nie należy ograniczać się do jednego projektu, ale prowadzić kilka jednocześnie i to w taki sposób, aby znajdowały się w różnych fazach realizacji. Wtedy, nawet gdyby któryś z nich na dłużej utknął w machinie administracyjnej, pozostałe pozwolą zachować ciągłość pracy, a tym samym płynność finansową. Skupienie się na pojedynczym zleceniu, nawet najbardziej opłacalnym, może skutkować poważnymi problemami, jeśli z niezależnych od projektanta powodów zostanie ono zatrzymane. Przyczyn tzw. zablokowania projektu może być tyle, ile jest przepisów w ustawach. Warto zatem na każdym etapie realizacji dokładnie analizować koncepcje pod kątem funkcjonującego prawa. Nie należy też szybko się zrażać z powodu przeoczenia jakiegoś przepisu czy błędu w jego interpretacji i spowodowanych tym problemów. Najlepsze wyjście to uspokoić emocje, zaakceptować sytuację i poszukać zadowalającego rozwiązania. Po drugiej stronie też są przecież ludzie, czasem bardzo życzliwi, dlatego z urzędnikami – jak zresztą z każdym – powinno się rozmawiać spokojnie i rzeczowo.

KLIENCI

Architekci często żartują, porównując swój zawód do tzw. najstarszej profesji świata. Być może w tym żarcie kryje się wiele prawdy. Z własnego doświadczenia wiem, że unikanie kompromisów nie zawsze okazuje się korzystne. Nierzadko się zdarza, że bój o ideę nie ma sensu, gdy klientowi ewidentnie z nią nie po drodze, a co więcej – nie ma środków do jej realizacji. Dialog i zrozumienie potrzeb inwestora to niezwykle istotne kwestie. Nie ulega też wątpliwości, że do znaczących czynników, które wspierają rozwój własnej marki, należą charakter i pewna doza indywidualności w projektowaniu. Na początku bardzo trudno jest przekonać klientów do pomysłu odbiegającego od znanych im rozwiązań, szczególnie gdy nie mamy bogatego portfolio, do którego możemy się odnieść. Warto jednak wykazać się konsekwencją i szukać w koncepcjach możliwości „przemycenia” dobrych idei, poprawiających jakość architektury. Mogą to być nawet detale, ale z czasem owocujące ciekawymi realizacjami, gdzie początkowo trudna do zaimplementowania idea stanie się znakiem rozpoznawczym. Wtedy zaczną pojawiać się klienci, którzy właśnie tego szukają i którzy bez problemu zaakceptują proponowaną wycenę. Dobrze o tym pamiętać przy każdym projekcie, ponieważ bylejakość i pospolitość ma duże grono odbiorców, ale te kategorie nigdy nie idą w parze ani z wyjątkową inwestycją, ani z wysokim wynagrodzeniem. Z drugiej strony, pracując nad własnym rozwojem, nie można zapominać, że ostatecznie nie my będziemy użytkownikami oddanego produktu.

Dom 7w1 w Słupsku (2016); proj. ArchiBot; fot. Maciej Lulko
Dom 7w1 w Słupsku (2016); proj. ArchiBot; fot. Maciej Lulko

ZAANGAŻOWANIE

Brak portfolio to jeden z ważniejszych czynników hamujących rozwój pracowni. Trudno zapomnieć rozgoryczenie, gdy po długich rozmowach z inwestorami, skutkujących wzajemnym zrozumieniem i chęcią współpracy, padała prośba o przedstawienie zdjęć dotychczas zrealizowanych projektów. Kiedy nie możemy tej prośby spełnić, w oczach potencjalnych klientów wyglądamy na niepoważnych i niewiarygodnych. Mało kto chce bowiem powierzyć projekt swojej inwestycji osobie, która ma jedynie dyplom, uprawnienia, pomysł i zapał do działania. Jeśli więc uda się nawiązać współpracę z pierwszymi inwestorami, nie można ich zawieść. Należy wykazać się dokładnością i czujnością, a także aktywnie uczestniczyć w pracach na każdym etapie, nie tylko na tym związanym z projektowaniem.

Dobrze zrealizowana koncepcja i zadowolony klient to przepustka do dalszego rozwoju firmy. Ów klient wraca, gdy potrzebuje kolejnych usług, a także poleca projektanta innym osobom. Z kolei zadowolenie klienta biznesowego często okazuje się początkiem wieloletniej współpracy. Osiągnięcie takiej stabilizacji wymaga jednak czasu, wytrwałości i dużego zaangażowania.

PONAD DZIESIĘĆ LAT DZIAŁANIA

Zawód architekta jest wielowymiarowy i wymaga wykształcenia umiejętności w wielu dziedzinach. Bywa, że samo posiadanie talentu plastycznego lub wiedzy technicznej nie wystarcza do prowadzenia działalności. Wówczas należy wyjść poza własne ograniczenia, otworzyć się na kontakt z potencjalnymi klientami i pamiętać, że nasza profesja ma charakter przede wszystkim usługowy, a nie stricte artystyczny czy techniczny.

Jeśli chcemy być twórcami, musimy opracować podstawy do zaistnienia dobrej architektury. Swoją firmę czy pracownię, bez względu na skalę, powinno się traktować jako środek pozwalający uzyskać ten cel. Świadomie podążając takim torem oraz podejmując wysiłek, można dojść do miejsca, w którym praca będzie jednocześnie dawała satysfakcję i zapewniała zarobki na właściwym poziomie. Nie jest to łatwe, ale z pewnością warte tego wysiłku. W ciągu ponad dziesięciu lat własnej drogi zdążyłem się o tym przekonać.


MARCIN SZYMAŃSKI

Architekt IARP; ukończył studia na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej, na kierunku architektura i urbanistyka (dyplom uzyskał w 2011 r.); właściciel pracowni ArchiBot – Architekt Marcin Szymański.

rozumiem
Używamy plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Korzystając z tej strony wyrażasz na to zgodę.